Moja doba ma 24 godziny….

Moja doba ma 24 godziny….

4 lutego 2017 Przez dziurkę od klucza 0

– Pani Marzeno, czy może napisać mi Pani kiedy ma Pani na wszystko czas?

– Pani Marzeno, proszę napisać mi jak Pani to wszystko ogarnia?

– Pani Marzeno, jak to jest, że zawsze ma Pani czas na ćwiczenia z córką?

– Pani Marzeno, czy może napisać Pani parę słów o Waszym rozkładzie dnia? Jak Pani to wszystko planuje?

– Pani Marzeno, czy pani doba ma więcej godzin niż moja?

– Pani Marzeno….

– Pani Marzeno…

Takie i podobne pytania dostaję od Was coraz częściej…

Z reguły celebrytki, wymalowane pazurki, zrobiona fryzura i makijaż leżąc na szezlągu wypisują w internetach tego typu rzeczy – co która robi…i gdzie oraz co jadła na śniadanie. Do celebrytki mi daleko, bardzo daleko, ale w jednym zbiorczym poście postaram się Wam odpowiedzieć na te wszystkie pytania.

Moja doba ma niestety także 24 godziny. Uważam, że to ogromna niesprawiedliwość, no ale czasu nie rozciągnę. Próbowałam – za słaby biceps.

No więc jak wygląda to w tej chwili tak, że mamy piękną sobotę… Jest 9 rano…

Siedzę sobie w kuchni, w oklejonym mieszkaniu folią malarską, a Panowie piłami kątowymi (tarczowymi? Nie wiem…takimi co robią mnóstwo hałasu) wycinają mi właśnie metalowe futryny… Rozwalają jakimś młotem pneumatycznym beton wokół futryn – bośmy z mężem sobie umyślili wymianę drzwi. Huk jest tak niemiłosierny, że nie mogę pozbierać impulsów w mózgu w jedną sensowną całość.

O! Właśnie odpadł kawał ściany…ze 20 cm… no fajno jest.

A potem będę to sprzątać.

No więc generalnie w soboty mój mąż jeździ w góry, a ja zostaję z Mileną i chłopcami w domu. No poza tymi dniami, gdy wymyślimy sobie właśnie taki remoncik jak dziś – wtedy mąż ewakuuje córę i siebie do dziadków, a ja zostaję i czuwam nad robotnikami.

Więc teges…. dziś to nie będzie raczej ćwiczeń terapeutycznych z mamusią – jedynie harce z dziadkami, które też zaliczam do ćwiczeń terapeutycznych – bo czemu nie?

Pobudzanie motoryki dużej (skoki na dużej piłce, turlanie się z dziadkiem), orientacja w przestrzeni (zabawa w chowanego) itp. itd.

Niedziele zwykle wyglądają u mnie podobnie jak soboty. Wyganiam męża z domu – gdzieś na rower, albo w góry, albo gdziekolwiek. Nie to, że go nie kocham, czy coś. No kocham faceta, ale on coś w sobie takiego ma, że jak jest w domu, to Milena ze mną nie pracuje. Więc tak na środek dnia go wywalam i wtedy spokojnie mogę popracować z córką.

W tygodniu jak Milena jest w szkole (a wcześniej jak była w przedszkolu) mój plan dnia jest bardziej poukładany.

Rano się zrywam, szykuję śniadanie, odwożę Milenę do szkoły. Rano nie tracę czasu na makijaż i piękną fryzurę…zaraz… tak prawdę mówiąc to nigdy nie tracę czasu na makijaż i piękną fryzurę…Nie maluję się, poza jakimiś mega ważnymi wyjściami. Włosy mam długie, więc przyczeszę, przyliżę w kitkę i jest gites.

Po odwiezieniu Mileny wracam do domu a moim oczom ukazuje się: sterta prania, sterta prasowania, armagedon w kuchni, frędzle z kotów fruwające po całym domu. No bo mamy w domu 3 koty…długowłose. A jakbyście nie wiedzieli to one jakoś tak gubią sierść przez wszystkie pory roku. Równo. Non stop. Myślę, że są złośliwe.

No więc co robię z tak pięknie rozpoczętym dniem, gdy dzieci w szkołach, a mąż w pracy? Czy rzucam się w wir domowych obowiązków?

Otóż nie. Odwracam głowę od tego całego bałaganu, wciskam na tyłek lajkry, na nogi buty, mocniej związuję kitkę, zakładam słuchawki na uszy i zamykam drzwi. Wyjściowe. Od zewnątrz. Idę pobiegać.

I mam głęboko w tyłku, że trzeba to czy tamto, a może jeszcze owamto. Owszem, że trzeba i co z tego?

To jest mój czas, czas tylko dla mnie. Zapodaję sobie żwawą muzyczkę i odcinam się od wszystkiego. Muszę robić coś tylko dla siebie, bo w natłoku codzienności bym po prostu zwariowała.

W dni w które nie biegam – chodzę na crossfit. I to też jest czas tylko dla mnie. Mój czas, moja świętość.

No więc jak już sobie pobiegam lub podźwigam jakieś ciężary i trener da mi taki wycisk, że zakwasów nie mam chyba tylko na powiekach – wracam do domu i…

W godzinę sprężam się ze wszystkimi domowymi obowiązkami, latam jakby mi ktoś motorek nakręcił: wstawiam pranie, z suszarki ściągam to suche i rzucam je na łóżko w sypialni – takie wiecie…Himalaje sobie robię. Lubię góry, to mam w sypialni Himalaje.

Himalaje sprzątam w reguły po południu jak już mam Milenę w domu, bo składając ciuchy odwalamy kategoryzacje 🙂 Tak sobie to sprytnie umyśliłam, że po kiego grzyba mam tracić czas i robić to sama, skoro mogę to robić z Mileną i przy okazji terapia, co nie? 🙂

No wiem…pomyślicie ze zgrozą: ona nie prasuje!

Ano nie prasuję. Tak, NIE PRASUJĘ.

A że zaraz pomyślicie, że w takich wymemłanych chodzą. Zdradzę Wam sekret odzyskania godziny czasu (albo dwóch): przestańcie prasować. No tak, ja też kiedyś miałam fazę prasowania i prasowałam nawet majtki – serio, serio. Potem mi minęło.

Kluczem do sukcesu, żeby nie wyglądać jak pomięta szmata jest:

Nie należy odwirowywać ubrań na tyle ile fabryka obrotów w pralkę włożyła. Lepiej aby były ciut wilgotniejsze, za to mniej pogniecione. I teraz drugi klucz do sukcesu – należy starannie, porządnie je parę razy strzepać – trzymając od dołu bluzki, potem za ramiona. I tak solidnie, pot ma wystąpić na czoło, a ręce boleć, nie jakieś tam pitu pitu. No i pomyślcie, że przy okazji robicie sobie biceps 😉 No i ładnie, równo rozwiesić. Oczywiście, że jak synowie czy mąż potrzebują włożyć koszule – to koszule prasuję. Ale wieczorem i tyle sztuk ile potrzeba na dzień kolejny.

Wstawiam zmywarę, ogarniam jako tako kuchnię, odpalam odkurzacz, żeby posprzątać te kocie kłaki co mi po domu fruwają. Aczkolwiek godzinę później znów fruwają, ale mam wewnętrzne poczucie spełnionego obowiązku.

Później siadam do kompa i robię nowe pomoce dla Milenki i dla Was. I tutaj czas leci mi najszybciej, jakoś tak, bo nim się obejrzę to jest już ok. 13:00 i czas zwijać się po Milenę. Mniej więcej, bo są dni w których np. zaczyna koło 10:00 a kończy koło 15:00.

Wtedy o poranku mamy chwilę na ćwiczenia terapeutyczne. Później więc odwożę ją do szkoły, ale i później przywożę, ale tak czy śmak bilans jej nieobecności w domu jest mniej więcej taki sam.

Czego jeszcze nie robię aby zaoszczędzić czas?

Nie robię zakupów. Zakupy robi wieczorami mój mąż, ja wracając ze szkoły po odwiezieniu Mileny zahaczam tylko o warzywniak i kupuję na bieżąco. Duże zakupy – raz w tygodniu mój mąż – takie na tydzień lub dwa.

Nie wycieram kurzy. Znaczy wycieram, ale nie codziennie. Co parę dni, jak już widzę warstwę na meblach. Czasem mąż mi palcem w kurzu na półce napisze DUPA, jak zobaczę to wytrę, a jak nie zobaczę to ta DUPA sobie tak wisi. Wytrę innego dnia. I też się nic wielkiego nie stanie. Mamy przynajmniej ubaw po ilu dniach zobaczyłam DUPA na półce 🙂

Nie gotuję obiadów. W tygodniu dzieci żywią się w szkole. Gotuję tylko w weekendy, a i to nie zawsze. Czasem mi się nie chce i wtedy zamawiam obiady na telefon. I nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Oczywiście w dni gdy Milenę mam non stop w domu bo choroba, ferie, wakacje to gotuję. Ale wtedy angażuję do gotowania Milenę. Nigdy nie gotuję sama. Milena zawsze ze mną buszuje w kuchni. A to na tacę wysypię jej ryż, na kartkach dam sylaby i ona sobie te sylaby odwzorowuje. A to dam jej coś do pomocy, a to do przesypywania, mieszania, przelewania itp. I ćwiczy sobie motorykę małą, a przy okazji mamy obiad. Jako, że mam duże blaty w kuchni notorycznie wygląda to tak, że na jednej części kucharzymy, a na drugiej laminują się pomoce.

Ale że syf w kuchni jak dziecko kucharzy?

Ano syf. I to okrutny. Ale potem angażuję ją do sprzątania. Ma swoją szufelkę, miotełke, szmatkę i heja. No trwa to dłużej – ale co z tego? Jak ma się czegoś nauczyć skoro nie dam jej spróbować? Dałabym jej nawet ziemniaki do obierania, ale ten taki specjalny nożyk co go kiedyś kupiłam dla niej tak schowałam, że trzeci miesiąc znaleźć nie mogę. Ale w końcu się znajdzie. Albo kupię w końcu kolejny. Wtedy ten pierwszy się na pewno znajdzie. Na razie ja obieram, ona podaje i liczymy na głos. Jeden ziemniak, dwa ziemniaki….

Jak ją już odbiorę ze szkoły – wtedy jest czas na ćwiczenia. Mamy na to zwykle 2-4 godzin nim mąż wróci z pracy i rozwali nam cały system. Bo ona od razu rzuca się do drzwi i nici z ćwiczeń.

Co robię żeby ją zachęcić? Nic. Jak nie chce siedzieć i robić ćwiczeń z ćwiczeniówek, to się bawimy a ja zawsze w jakiejś zabawie z pozoru prostej przemycę jakieś ćwiczenie. Nie trzymam jej na siłę przy stoliku. Nie chce przy stoliku woli na podłodze? No do choroby czemu nie? Bach na ziemię i ćwiczymy na ziemi.

Zwykle po 18:00 lub przed 19:00 wraca mój mąż – wtedy jest czas na kąpiel Mileny, jej kolacja i położenie ją spać. Do wyrka zaganiamy ją zawsze ok. 19:30.

W dni w które nie biegam rano, w chwili gdy wyjdę z pokoju Mileny i powiem jej kluczowe „kolorowych snów”, od razu lecę do szafy,wciągam lajkry i pędzę pobiegać. Wracam przed 21:00 i robię szybko kolację. Część kolacji szykuję w czasie gdy robię kolację Milenie, potem tylko dokończę, czasem dokończy mąż i ja wracam na prawie gotowe. Bywają dni, że po prostu mi się nie chce więc nie robię z siebie cierpiętnicy i nie szykuję kolacji tylko zamawiamy pizzę czy chińczyka i tyle. Też – zero wyrzutów sumienia. Luzik. Klucz do sukcesu – to szczęśliwa ja. A że pizza na kolację? To szczęśliwe dzieci.

O to taka ja – wieczór, po kolacji i rozpisywanie planu ćwiczeń dla Mileny.

Przy kolacji jest czas na wspólne rozmowy z dzieciakami itp. Potem mąż rozsiada się na sofie i coś dłubie na kompie, włączamy sobie jakiś film, a ja w zależności czy mam siłę czy nie – to strugam Milenie jakieś pomoce na kolejny dzień, szkicuję sobie taki mniej więcej plan pracy z Mileną na parę dni naprzód itp.

I tak nastaje okolica 23:00 i padam na przysłowiowy pysk.

O i tak wygląda moja szara, nudna, zupełnie nie celebrycka rzeczywistość. Staram się nie przejmować tym, że czegoś nie zrobiłam, bo czasu nie miałam, nie spinam się, luzik, pełen luzik i zadowolenie z siebie – to moim zdaniem klucz do sukcesu.

Jestem zakręcona, uwielbiam się wygłupiać i śmiać z samej siebie – zarówno z rzeczy śmiesznych jak i z niepowodzeń – bo takie też mi się często przytrafiają. a jak mam wkurza i roznosi mnie nerw – idę to wybiegać. Ostatnio odkryłam, że wydzieranie się na rodzinę nic nie daje poza jeszcze wyższym podniesieniem mi ciśnienia. Więc buty na nogi i upuszczam sobie ciśnienie w zdrowszy sposób.

A oni znów jadą tą piłą…. ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Mam w chacie taki syf, że klękajcie narody. A jak wezmę się za sprzątanie to i kurze od razu wytrę i mąż nie będzie mógł mi przez parę dni DUPA na szafce pisać palcem 🙂

Całuję Was!

Zapisz

Jeśli uważasz, że to co piszę jest wartościowe, podziel się wpisem ze znajomymi:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.